Szukam... choć sama nie wiem czego.
Gubię się, tęskno mi do uczuć, zastanawiam się, jaki kres znajdą te poszukiwania.
Coraz częściej sypiam. Nawet muzyka nie wzbudza już miłości..., a przecież, była mi taka bliska...
Czym są ludzie? Niczym. Są codziennością, barwą mej nicości...
Te same denne czynności...
Sen, szkoła, i w zasadzie zagłębianie się w internet.
Nie potrzebuję już niczego.
Wpatrując się w jeden punkt, łapię ostrze, wbijam je sobie w skórę...
Przez głowe przechodzi jedna myśl, myśl, której zawsze się bałam, która wzbudzała we mnie niepokój, strach;
"A jeżeli tam, będzie lepiej...?"
Trzymam w dłoni śmierć, patrzę na krew, i nagle...
Czuję, że dalej nie mogę.
Że są te trzy osoby, które darzę jakże potężnym uczuciem...
Mimo wszystko, wiem, że mogłabym...
Że mogłabym odejść...
Bóle głowy, duszności... a wreszcie...
To uczucie bezduszy.
Takie głębokie.... nie wiem, czy coś wpłynie jeszcze na mnie.
Wiem, że kiedyś, poprostu odejdę...
Nie boję się. Nie myślę już o niczym innym...
Gra pozorów, gra słów...
Chłód w mych oczach...
"Jak myślisz, co będzie z Tobą dalej?"
"Umrę..."
"Mówisz to tak apatycznie... nie zależy Ci na życiu?"
"Nie..."
Drżę... drżę na myśl, i na widok miłości...
Jestem chora...
Jestem sama...
A przecież, chciałam tylko spojrzenia...
Chciałam tylko dotyku...
Chciałam tylko żyć...
"Chcę żyć, a nie egzystować!"
Patrzę z politowaniem w lustro...
Dotykam zmarzniętych policzków...
Oglądam bladnącą cerę...
Uciekam...
Zagłębiam się...
Śnię...