Choć raz, wznieść się ponad gwiazdy..
Nie upadać..
Patrzę i nadziwić się nie mogę...
Słów aż brakuje. Potrzebuję teraz życia, słodkiego, delikatnego życia...
Tak, jak tam...
...
Gdzie wszystko, pachnie wiecznością, i średniowieczem.
Teraz je kocham. Swoje cudowne miasto, park, w którym przelano tyle krwi...
Piwnicę, do której wchodzić mi zabroniono..
Ale najbardziej, to Światło.
Światło, które nie gaśnie tyle setek lat...
Które słuchało mnie, kiedy płakałam, przez niedoskonałość życia...
Które słuchało modłów i szeptów.
Światło, a może Światła.
...Przyglądam Im się już tyle lat..
...Mogę powiedzieć, że jestem tam z Nimi, spacerując w Jego doskonałości, i odwadze.
Wśród tysięcy twarzy, które darzę ostatnio odwzajemnianym najczęściej uśmiechem..
Nigdy nie rozmawiam z Nimi.
...Czasami znamy się tak dobrze..
Czasami nie rozumieją, czym jest blask w mych oczach, i nie patrzą długo..
...Kiedyś będziemy tam Wszyscy. Roześmiani, i pełni, jak nigdy...
...Oczy najbardziej samotne, szczęście po brzegi wypełni.
...
Obiecała mi to Noc.
I wszystkie Światła.
(One nigdy nie kłamią...)
...Uwielbiam zapach mandarynek, jest dla mnie jak dzieciństwo...
Pełen czegoś, smaku, przestrzeni...
To ten czas, kiedy mój dom pachnie nimi...
...Pamiętam każdy listopad, każdy bajeczny listopad...
A po Nim grudzień, i Święta...
...Zapełnione marzeniami -
- "Co chcesz od Mikołaja?"
- "Telefon, i szminke, i... taką fajną gre... no i jeszcze taką maskotke, o! taką jak w tej gazecie! I telewizor! Taki żeby był tylko mój, w moim pokoju..."
- "A pod Choinke?"
- "To, czego nie przyniesie mi Mikołaj."
A w głębi duszy tylko modlitwa...:
"Chcę być po prostu szczęśliwa...", "Dajcie mi szczęścia!"
No właśnie...
Szukam... choć sama nie wiem czego.
Gubię się, tęskno mi do uczuć, zastanawiam się, jaki kres znajdą te poszukiwania.
Coraz częściej sypiam. Nawet muzyka nie wzbudza już miłości..., a przecież, była mi taka bliska...
Czym są ludzie? Niczym. Są codziennością, barwą mej nicości...
Te same denne czynności...
Sen, szkoła, i w zasadzie zagłębianie się w internet.
Nie potrzebuję już niczego.
Wpatrując się w jeden punkt, łapię ostrze, wbijam je sobie w skórę...
Przez głowe przechodzi jedna myśl, myśl, której zawsze się bałam, która wzbudzała we mnie niepokój, strach;
"A jeżeli tam, będzie lepiej...?"
Trzymam w dłoni śmierć, patrzę na krew, i nagle...
Czuję, że dalej nie mogę.
Że są te trzy osoby, które darzę jakże potężnym uczuciem...
Mimo wszystko, wiem, że mogłabym...
Że mogłabym odejść...
Bóle głowy, duszności... a wreszcie...
To uczucie bezduszy.
Takie głębokie.... nie wiem, czy coś wpłynie jeszcze na mnie.
Wiem, że kiedyś, poprostu odejdę...
Nie boję się. Nie myślę już o niczym innym...
Gra pozorów, gra słów...
Chłód w mych oczach...
"Jak myślisz, co będzie z Tobą dalej?"
"Umrę..."
"Mówisz to tak apatycznie... nie zależy Ci na życiu?"
"Nie..."
Drżę... drżę na myśl, i na widok miłości...
Jestem chora...
Jestem sama...
A przecież, chciałam tylko spojrzenia...
Chciałam tylko dotyku...
Chciałam tylko żyć...
"Chcę żyć, a nie egzystować!"
Patrzę z politowaniem w lustro...
Dotykam zmarzniętych policzków...
Oglądam bladnącą cerę...
Uciekam...
Zagłębiam się...
Śnię...